Boso jest fajnie! (dawniej: Boso po świecie) [333]

Zapisz się
  • 1
  • 2
Dodaj kartkę Dodaj bana
Powód wlepienia kartki
Wybierz wątek docelowy z listy lub wpisz jego ID
  • Robert

    może się wątek nie przyjmie... Cóż - zawsze można go... wykasować. Ale...
    No właśnie, ale może są wśród nas/Was tacy, którzy coś, jakiś fakt lub epizod swojego życia uważają za swoje "największe" bose "osiągnięcie". Może jakieś dłuuuugie wakacje na boso, a może "przeforsowanie" w swojej firmie możliwości pracy boso, może ktoś całe lato w ogóle nie zakładał butów (spotkałem już takich ludzi), może jakieś "wyjścia" na piwo, kawę, zakupy, dyskotekę na boso... więc coś takiego.
    Jeśli chodzi o moje bose "osiągnięcia" (bo "na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy"), to wymieniłbym: bose, dwutygodniowe wakacje (z przejazdem pociągiem, autobusem, z wędrówkami), boso w domu, boso na sali gimnastycznej, boso w pracy (kiedy pracowałem w biurze) no i bose zwiedzanie sporej ilości europejskich stolic (ostatnio Paryż i Londyn - ten ostatni - z racji zamieszkania).
    A Wy...?
  • Pietrek

    Nigdy nie myślałem o tym co robię w kategoriach wyczynów. Ciężko mi coś wybrać. Chodzenie po żarze? kilka godzin po lodzie i śniegu w Slovenskim Raju? 4 godziny kręcenia spota przy -27 stopniach? łążenie boso przez strumienie w zimie? Sam nie wiem. Ja po prostu chodzę boso i nie myślę za wiele na ten temat.
  • Andrzej

    Pietrka i tak nikt nie zakasuje, ale brakowało mi takiego miejsca, gdzie można się pochwalić swoimi osiągnięciami. Od biedy taką rolę spełniał wątek "boso w dziwnych miejscach" i sporo rzeczy tam wpisanych można by przenieść do tego wątku. Chodzenie boso jest chyba dla każdego pewnym wyzwaniem, testowaniem swoich możliwości, pokonywaniem obaw: "czy dam radę?", "czy ludzie nie będą się czepiać?" Rzadko odważam się wybrać gdzieś dalej zostawiając buty w domu; zwykle asekuracyjnie mam jakieś klapki w torbie. Dlatego pamiętam, jak kiedyś pojechałem do Władysławowa i na dzień dobry urwał mi się pasek w japonkach. Poczułem się niewyraźnie i w pierwszym odruchu chciałem iść do sklepu po klapki. Ale powiedziałem sobie: "Nie wygłupiaj się, przecież umiesz chodzić boso." To było dość dawno, kiedy boso chodziłem głównie w plenerze, poza miastem, gdzie spotykałem niewiele osób. We Władysławowie, zwłaszcza na plaży, nie było problemu, ale potem miałem wrócić autobusem, w Gdyni przesiąść się na pociąg, w Gdańsku przesiąść się znów na autobus; wszędzie pełno ludzi... Ale wygrałem ze swoimi obawami do tego stopnia, że gdy pociąg się spóźnił i okazało się, że następny autobus jest za trzy godziny, to pojechałem jeszcze modrakiem do Sopotu i poszedłem na molo.
  • Andrzej

    >Pietrek napisał
    >Nigdy nie myślałem o tym co robię w kategoriach
    >wyczynów. Ciężko mi coś wybrać. Chodzenie po żarze?
    >kilka godzin po lodzie i śniegu w Slovenskim Raju? 4
    >godziny kręcenia spota przy -27 stopniach? łążenie boso
    >przez strumienie w zimie? Sam nie wiem. Ja po prostu chodzę
    >boso i nie myślę za wiele na ten temat.

    Przepraszam, ale nie wierzę. Kiedyś musiał być ten pierwszy raz i emocje z tym związane. Od zawsze chodziłeś boso po śniegu?
    Dla mnie największe "wyczyny" są przeważnie związane z zimnem: Czy wytrzymam? Czy czegoś nie odmrożę? Czy się nie przeziębię?
    Kiedyś wybrałem się wiosną na poszukiwanie skrzemieniałego drewna na Roztoczu. Mokro, pięć stopni ciepła i wiatr. Nie byłem pewien, czy wytrzymam w japonkach. Trafiłem na piękny czarnoziem: przylepiał się do klapek, tak że trudno było je unieść, więc w końcu odważyłem się zdjąć. Mokra, tłusta ziemia przeciskała się między palcami, ale stwierdziłem ze zdumieniem, że jakoś nie zamarzam. Po godzinie, z ładnymi kawałkami drewna i pięknie ubłoconymi stopami czułem się wspaniale. Na koniec umyłem nogi w lodowatej wodzie. I nie było nawet kataru. Dla mnie wówczas to był wyczyn. Dla moich kolegów, w porządnych turystycznych butach, przekonanych, że skończę w szpitalu, tym bardziej był to wyczyn.
  • Robert

    Miło mi, że jednak wątek spotkał się - póki co - z życzliwym przyjęciem.
    Tytułując go "bose wyczyny" nie chodziło mi jedynie (choć oczywiście również) o to, aby stworzyć miejsce do pochwalenia się swoimi "osiągnięciami" w tej materii, ale także o to, aby dać możliwość napisania o tym, co dla Was, chodząc boso, było największym wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu udało się sprostać, a zatem można to określić mianem pewnego "wyczynu".
    Dla kogoś może to być np. jednorazowy epizod z chodzeniem boso po rozżarzonych węglach, a dla kogo innego - np. niezakładanie butów przez całe lato...
    Troszkę to filozoficznie zabrzmiało, ale z posta Andrzeja widzę, że czujecie, co było moją intencją.
  • Małgorzata Zielińska

    Temat zaproponowany przez Roberta odbieram jako próbę zestawienia tego wszystkiego, o czym piszemy w innych wątkach. Tych, w których chwalimy się, że coś zrobiliśmy, gdzieś byliśmy czy też robimy będąc przy tym boso, co zazwyczaj odbiega od powszechnie przyjętych standardów. W tym naszym chwaleniu się nie dopatruję się, oczy wiście, niczego zdrożnego, a wręcz uważam, że jest to jeden z celów tego grona. Ponieważ na co dzień przypada mi w udziale bycie szefową wydziału zajmującego się marketingiem, sprzedażą, ofertowaniem i innym zatykaniem dziur, stąd wszelkie zbieranie wszystkiego w zestawienia, sprawozdania i statystyki jest nieodłącznym elementem mojej pracy zawodowej. Tak więc, zaprawiona we wszelakiej sprawozdawczości spróbuję i tutaj pozbierać w jeden raport wszystko to, co w życiu zrobiłam, a równocześnie byłoby to związane z chodzeniem boso. I tak:
    1) po domu boso chodziłam od zawsze, odkąd pamiętam. W 1996 roku w spadku po babci dostałam dom, w którym teraz mieszkam. Zanim się wprowadziłam, przeprowadziłam gruntowny remont. M.in. wyremontowałam podłogi, a części domu zleciłam założenie ogrzewania podłogowego Słowem – stworzyłam warunki do chodzenia boso. Gdyby zliczyć czas, w którym chodziłam po domu w czymkolwiek na nogach, to przez 14 lat, to może zebrałyby się dwie doby. Po raz ostatni w domu miałam na nogach drewniaki w styczniu, kiedy przyjmowałam księdza po Kolendzie. Oczywiście, zaraz po wyjściu księdza natychmiast je zrzuciłam.
    2) w 1989 roku otrzymałam prawo jazdy, a w 1990 stałam się posiadaczką samochodu marki Łada. Już podczas drugiej lub trzeciej jazdy tym autem zauważyłam, że znacznie lepiej prowadzi mi się boso, niż w butach, nawet całkiem wygodnych. Od tej pory, kiedy tylko temperatura na to pozwala, zawsze prowadzę auto na bosaka. Samochodu używam bardzo często, jak obliczyłam (przyjmując wskazania liczników wszystkich aut, które dotąd miałam oraz obecnie posiadanego) przejechałam w życiu około 300 tys. kilometrów. Z tego – jak szacuję – 75% boso. Przejechałam (za kierownicą oczywiście) spory kawał Europy, byłam z rodziną w Grecji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Chorwacji (to tylko te najdalsze wyjazdy). W 100% trasy te pokonałam kierując samochodem na bosaka. Właściwie pierwszą czynnością, jaką wykonuję po zajęciu miejsca za kierownicą jest zdjęcie butów – to taki odruch.
    3) mam na swoim koncie wakacyjny wyjazd, dwutygodniowe wczasy całkowicie spędzone bez butów, oraz drogę tam i z powrotem. Były to moje ostatnie studenckie wakacje. Byłam już wtedy mężatką i wiedziałam, że zostanę mamą. Nie wiedziałam jeszcze tylko, że od razu bliźniaków. Pisałam już o tym w wątku „Bose wakacje”. Oprócz tego mam na koncie jeden wyjazd na tzw. „długi weekend”, na Ponidzie, także całkowicie bosy.
    4) wstąpiłam do Grona „Boso po świecie” i bardzo szybko uległam klimatowi tutaj panującemu. I tak, od pierwszych śniegów do dziś już czterokrotnie chodziłam boso po śniegu. Z czego dwa razy była to znakomita zabawa, w której brały udział również moje dzieci.

    Pewnie tych „dokonań” znalazłoby się więcej, ale już i tak strasznie się rozpisałam...
  • Robert

    ...a ja... strasznie dziękuję za post, bo to kolejny dowód na to, że wątek być może się przyjmie i - co ważniejsze - że grono zimą wcale nie zapada w zimowy sen.

    Pozdrawiam
  • Andrzej

    > dać możliwość napisania o tym, co dla
    >Was, chodząc boso, było największym wyzwaniem. Wyzwaniem,
    >któremu udało się sprostać, a zatem można to określić
    >mianem pewnego "wyczynu".
    >Troszkę to filozoficznie zabrzmiało, ale z posta Andrzeja
    >widzę, że czujecie, co było moją intencją.

    Ja to po prostu zinterpretowałem to po swojemu, więc cieszę się, że się zgadzamy.
    Dla mnie pewnym problemem przy chodzeniu boso była samotność. Zwykle jest to cena za bycie sobą, ale przyjemniej jest spotykać innych o podobnych upodobaniach i móc dzielić się doświadczeniami. Dlatego cieszę się, że mogę kontaktować się za pośrednictwem grona i wciąż namawiam do tego innych. Statystycznie nasze grono rośnie, a w postach tego nie widać. Wiem, że niektórzy napisali już o swych doświadczeniach na innych wątkach i trudno, by to powtarzali. Ale większość w ogóle się nie odezwała.
    Jednym z problemów przy chodzeniu boso jest możliwość skaleczenia. Dlatego wspominałem, że od chodzenia bolą mnie oczy. Czasem wybieram się gdzieś bez butów w torbie, ale zawsze mam zestaw opatrunkowy. Kiedyś miałem sprawę do załatwienia w Gdyni, a potem miałem jechać do przyjaciół na południe. Zaplanowałem więc, że po załatwieniu sprawy zdejmuję buty i idę nad morze. Przy świecącym słońcu łatwo zauważyć okruchy szkła na chodniku, bo się ładnie błyszczą, więc lawirowałem bez problemów. Połaziłem trochę po piasku i po wodzie (maj, ale ze 20 stopni w powietrzu; woda oczywiście zimna), ale zaczęło się chmurzyć. Gdy w końcu wyruszyłem na dworzec, zaczęło padać. Zakurzony asfalt pokropiony deszczem jest makabrycznie śliski dla bosych stóp, więc o mało się nie wyłożyłem. Potem było przyjemniej, bo lało coraz mocniej i chodniki i ulice się umyły, ale w pewnym momencie poczułem ukłucie. Okazało się, że nadepnąłem na kanciasty okruch szkła. Udało mi się go wydłubać i poszedłem dalej zostawiając krwawe ślady, bo trudno było coś zrobić w deszczu, a krwawienie nie było dramatycznie wielkie. W pociągu na szczęście przedział był pusty, więc obejrzałem swoją dziurę nie wzbudzając sensacji, przemyłem środkiem odkażającym, zakleiłem i spokojnie dojechałem na południe, gdzie okazało się, że lało na froncie chłodnym i temperatura zleciała o 15 stopni, więc z uwagi na dziurę i zimno przeprosiłem się z butami przy wysiadaniu. Ale następnego dnia wybrałem się jednak na wycieczkę boso, z przyklejonym plastrem i, jak widać, wciąż żyję.
  • Robert

    no i w sumie to też był jakiś... "wyczyn". Oczywiście też mi sie to nie jeden raz przydarzyło (mowa o szkłach), toteż może nie z zestawem opatrunkowym, ale w dłuższe bose podróże wybieram się ze szczypczykami (takimi do skórek) - łatwo jest z ich pomocą precyzyjnie usunąć szkło. I tak się tylko zastanawiam jak radzą sobie ludzie, którzy chodza po pokruszonych szkłach... Dla mnie to wciąż zagadka. Tym bardziej, że jak widziałem - nie mają specjalnie twardej skóry na stopach...
  • Pietrek

    >Andrzej napisał

    >Przepraszam, ale nie wierzę. Kiedyś musiał być ten
    >pierwszy raz i emocje z tym związane. Od zawsze chodziłeś
    >boso po śniegu?

    Nie od zawsze, ale zaczęło się to od specyficznego żartu.
    Jechaliśmy w zimie na urlop do Jastarni. Wyjeżdżałem chory ale nie chciałem żebyśmy rezygnowali więc to zataiłem. Wtedy jeszcze zimą chodziłem w normalnych butach. Oczywiście choróbsko się rozwinęło, chociaż dzieki jodowi w powietrzu - nie od razu, dopiero 8 dnia a wyjechaliśmy na 10. Wróciłem z gorączką, tata Ilonki zgarniał nas z dworca i zapytał o to. No i moja małżonka postanowiła sobie zakpić z rodzica i oświadczyła z kamienną miną, że owszem - jestem chory ale jak biegałem boso po plazy to nic dziwnego. Tatę zatkało. Zatrząsł sie za kółkiem ale ponieważ jest facetem dobrze wychowanym to wycedził tylko przez zęby: No to ja nie mam więcej pytań. A potem bardzo sie wstydził, bo oboje ryknęłiśmy śmiechem.
    No ale po takim przełamaniu oporu pomysł biegania boso po śniegu utkwił mi w głowie bardzo mocno i wręcz czekałem na zimę, żeby zacząć. W tej sytuacji "ten pierwszy raz" nie był jakimś wyczynem czy
    przełamywaniem własnego oporu tylko czymś niecierpliwie wyczekiwanym.

    Spacer po skałach czy jakieś takie rzeczy też nie - od dawna podczas treningów robiliśmy sporo biegów z przeszkodami, po równoważni itd, więc siłą rzeczy patrzę gdzie biegnę. Czysta rutyna.

    Jak o tym myślę, to czymś ciężkim były dwa dwa kilomery ścieżkami przez buczynowy las - za względu na bukowe orzeszki, które czepiają się skóry. Ale tego z kolei nie uzna za wyczyn ktoś, kto nie spróbuje. A jak spróbuje też wcale nie musi uznać - to względna sprawa.

    Niejakiego przełamania wymagał mój pierwszy raz wśród tłumu ludzi. Ale ponieważ jestem gościem dość agresywnym, na niechęć reaguję dużo większą dozą negatywnych uczuć, więc mnie ten pierwszy raz jakoś nie spłoszył.

    >Trafiłem na piękny czarnoziem: przylepiał się
    >do klapek, tak że trudno było je unieść, więc w końcu
    >odważyłem się zdjąć. Mokra, tłusta ziemia przeciskała
    >się między palcami, ale stwierdziłem ze zdumieniem, że
    >jakoś nie zamarzam. Po godzinie, z ładnymi kawałkami
    >drewna i pięknie ubłoconymi stopami czułem się
    >wspaniale.

    Super sprawa. Są takie dni, że po prostu musze wleźć w takie gliniaste błotko. Jakoś nigdy po tym nie czułem się brudny a po spacerze miejskim - często.

    Naprawdę nie wiem, czy mogę to, co robię traktować jako wyczyn. Po prostu nie zawracam sobie głowy taką perspektywą, robię, co mi się podoba.
    Kiedyś ktoś mi zaproponował wyjazd konno w kilkugodzinną trasę. Był to mój trzeci raz w siodle, pierwszy przełajowy, ale było miło, okolica jak w westernach (góry w La Manczy) no to skupiłem się na koniu i wycieczce.
    Parę dni później, facet mi powiedział (jak wypił) że to była ciężka trasa i że był pewny, że zawrócimy.
    Może jakbym wiedział to bym się przejął - ale wtedy coś bym stracił.
    Z tego wynika, że nie warto się przejmować.

    Jak powiedział Rodrigo-san w Shogunie:
    A jeśli działasz źle, to najwyżej cię zabiją.
  • Pietrek

    >Robert napisał
    >I tak się tylko zastanawiam jak radzą sobie
    >ludzie, którzy chodza po pokruszonych szkłach... Dla mnie
    >to wciąż zagadka. Tym bardziej, że jak widziałem - nie
    >mają specjalnie twardej skóry na stopach...

    Spróbuje na wiosnę i Ci powiem, OK?
    Na pewno nie ma to nic wspólnego z grubością skóry.

  • Andrzej

    >Jak o tym myślę, to czymś ciężkim były dwa dwa
    >kilometry ścieżkami przez buczynowy las - za względu na
    >bukowe orzeszki, które czepiają się skóry. Ale tego z
    >kolei nie uzna za wyczyn ktoś, kto nie spróbuje. A jak
    >spróbuje też wcale nie musi uznać - to względna sprawa.
    >
    Ja uznaję. Chodzę boso przede wszystkim w plenerze i deptałem niemal wszystko (jeża udało mi się ominąć). Na Wzgórzach Elbląskich są piękne, bukowe lasy, ale spacer po nich boso jesienią jest raczej dla masochistów. Jest tam piękna trasa na bosy spacer, do wałów starego grodziska. Droga biegnie krętym wąwozem razem ze strumieniem i nie jest tak często używana, by komuś chciało się budować mostki. Na początku jest kilka, ale później już nie. Wędrowałem kiedyś ze znajomymi, którzy bez dobrych butów turystycznych na wycieczkę nie pójdą, i ze złośliwą satysfakcją przyglądałem się, jak parę razy zdejmowali je i zakładali.
  • Pietrek

    Najzabawniej jest jak nie wpadną na to, że można zdjąć. Wiele razy spotykałem ludzi, którzy stali bezradni przed trzymetrowej szerokości strumieniem, bo nie było mostka.
  • Andrzej

    Dziś minęły 3 miesiące, od kiedy ostatni raz miałem jakieś buty na nogach. Wyczyn? Pewnie tak, ale jakoś tak po prostu wychodząc z domu nie zakładam butów. Otoczenie się przyzwyczaiło i pewnie bardziej się zdziwią, gdy mnie zobaczą w butach. Ostatnio złapałem jednak katar, bo jak dokoła wciąż na mnie kichają, to kiedyś organizm się podda. Miałem wątpliwości, czy nie założyć jednak butów, ale tylko ubrałem się cieplej. Zauważyłem, że mam mniejszy katar idąc boso na spacer niż siedząc w ciepłym domu. I katar skończył się po 2 dniach, a zwykle trwał z tydzień, jak w znanym powiedzeniu.
  • Krystian Schmidt

    A moim wyczynem, było bose śmiganie BMX'em, który ma na pedałach piny, ale bez problemu dałem radę (trampki miałem w plecaczku), a innym (baaardzo przyjemnym!) było przejście boso po szynie 800m po nieczynnej linii kolejowej i po podsypce między podkładami około 500m.
  • Pietrek

    Zrobiłem coś podobnego na Helu, szukając baterii Schlesvig-Holstein, nie wiem jak daleko.
  • olek (aka Reynevan)

    Swego czasu, na jednym ze spotkań, przeszliśmy ze 2 km po szynach, ostrych kamieniach podsypki i podkładach pokrytych roztopioną smołą. Do tego wszystko było rozpalone gorącym, lipcowym słońcem.
    Potem był jeszcze gorszy, rozpalony tymże słońcem piach...

    http://picasaweb.google.pl/boso.waw...

    Trasa bardziej hardcoreowa niż na słynnym grillu. Dwie uczestniczki tej wycieczki więcej już się nie pokazały... :(

  • Krystian Schmidt

    Eeee! To te uczestniczki miały słabe (poparzone?) stopy, albo słomiany zapał :-D
  • olek (aka Reynevan)

    >Krystian Schmidt napisał
    >Eeee! To te uczestniczki miały słabe (poparzone?) stopy,
    >albo słomiany zapał :-D

    Być może to instynkt samozachowawczy :)
  • Pietrek

    Olku, przyznaj się - zmuszałeś je do tańczenia na potłuczonym szkle.
  • 1
  • 2
| |

Motto: "Jedyne w Polsce forum, na którym chodzenie boso nie ma konotacji erotycznych" co...



Fotki

Miejsca grona (0)