Boso jest fajnie! (dawniej: Boso po świecie) [333]

Zapisz się
  • 1
  • 2
Dodaj kartkę Dodaj bana
Powód wlepienia kartki
Wybierz wątek docelowy z listy lub wpisz jego ID
  • Małgorzata Zielińska

    Andrzej napisał w innym wątku, że gdy zakończył się sezon na spacery po śniegu, wszyscy czekają już na wiosnę i przez to forum jakby trochę przysypia. Zauważyłam to także ja i też z utęsknieniem wypatruję wiosny i to tej ciepłej, gdy będzie można już wyciągnąć z szafy cokolwiek lżejszego.
    Proponując ten temat wybiegam myślą jeszcze dalej, bo do lata, kiedy to mamy możliwość zupełnie lekko się ubrać, a przy tym znacznie częściej chodzimy boso. Na szczęście ta pora roku właśnie nadchodzi.
    Chciałabym zaproponować ten wątek, w którym każdy z nas mógłby opisać swój zwykły, letni (wiosenny, w każdym razie ciepły) dzień, a szczególnie napisać o tym, ile czasu spędza w taki dzień będąc boso, a ile w butach.
    Zacznę zatem ja i wspominając poprzednie letnie dni spróbuję przypomnieć sobie jak wygląda mój dzień powszedni, bo dni wolne od pracy różnią się, oczywiście.
    Budzę się o godzinie 5,30 i wtedy ma miejsce kontakt bosych nóg z podłogą. Pierwsze czynności – na pewno takie same jak u wszystkich – toaleta poranna, ubieranie się, przygotowywanie śniadania sobie, mężowi, dzieciom które wstaną później. Buty ubieram wychodząc do garażu, by wyprowadzić samochód. Przejazd do pracy zajmuje mi od 45 minut do godziny, zależnie od korków na ulicach. Po drodze odwożę męża, potem sama jadę do biura. To kolejny czas spędzony bez butów, gdyż auto, jak wielokrotnie pisałam, prowadzę boso.
    W biurze bywa różnie. Siedzę sama w pokoju, więc gdy przez kilka godzin spędzam za biurkiem, też przeważnie stopy mam wyjęte z klapek.
    Powrót do domu zajmuje mi znacznie więcej czasu niż jazda do pracy. Po drodze zabieram z pracy męża i razem robimy zakupy. A zatem, na przemian: zdejmowanie butów, gdy jadę samochodem i ubieranie, gdy wysiadam do sklepu.
    Gdy przyjeżdżam do domu i wprowadzę auto do garażu, właściwie nie ubieram już więcej butów, chyba, że po południu przyjdzie mi gdzieś jeszcze się wybrać. Po domu krzątam się na bosaka, a po wieczornej toalecie na paluszkach udaję się do sypialni.

    Trudno byłoby mi określić, ile czasu w ciągu takiego dnia spędzam na bosaka, a ile w butach. Nie próbowałam tego policzyć, myślę, że znacznie więcej przebywam boso, niż większość pracujących kobiet.
    Jeżeli spodoba Wam się ten temat, napiszcie również na ile Wasz przeciętny dzień jest bosy, a na ile spędzacie go w butach. Ja natomiast, jeżeli wątek spotka się z zainteresowaniem, postaram się odtworzyć sobie i opisać mój letni dzień wolny od pracy. Zazwyczaj przebywam wtedy na bosaka znacznie więcej czasu.
  • Robert

    Jeśli chodzi o stałych Gronowiczów, to pewnie ich/nasz dzień będzie wyglądał podobnie - czyli boso... zawsze wtedy, kiedy nadarzy sie choćby chwila, kiedy można sobie na to pozwolić.
    Ja również od przykrego momentu pobudki do wyjścia do pracy, butów (tudzież... papci:-)) nie zakładam.

    Do pracy niestety chodzę w mundurze, a więc - w butach. Kiedy pracowałem jeszcze w biurze w Polsce, do pracy dojeżdżałem autem, a auto (podobnie jak Ty, Gosiu, prowadzę boso).
    Teraz do pracy mam tak blisko, że chodzę pieszo. A w pracy... z reguły autobusy prowadzę boso; tak jest: i wygodniej, i bezpieczniej, i bardziej komfortowo dla pasażerów (bo wszelkie zmiany prędkości jazdy są bardziej delikatne; też już o tym było w stosownym wątku).

    No i po pracy... znowu boso. W domu. "Chyba, że po południu przyjdzie mi gdzieś jeszcze się wybrać" (tu mamy tak samo, stąd cytat:-)). Ale np. jeśli po południu jest ciepło (lub jeśli tak, jak ostatnio - wybieram się do centrum miasta), to staram się także maksymalnie dużo czasu spędzić boso. Zatem nawet jeśli teraz (mówię o okresie jesienno-zimowo-wiosennym) wychodzę z domu w butach, to wracam z reguły boso. Tutaj - w Anglii nikogo to nie dziwi, a jest dość często spotykane (nawet przy temperaturze poniżej 0).

    Toteż ostatnio miałem kilka okazji "zaliczyć" bosy, kilkugodzinny spacer po naprawdę mroźnym Londynie. Polecam i zapraszam, gdyby ktoś z Gronowiczów odwiedzał akurat Wyspy.
  • Pietrek

    No cóż, ja buty wkładam bardzo rzadko - do garnituru. A klapki jak wychodze "w miasto". Poza miastem, w samochodzie i w domu - boso. Czyli jakieś buty noszę przez parę godzin w tygodniu.
  • Andrzej

    zapraszam, gdyby ktoś z Gronowiczów odwiedzał akurat
    >Wyspy.

    Mam wylądować na Luton we środę, 28 kwietnia o 7:20. Ale szybko mam znaleźć autobus do Heathrow a stamtąd do Winchester. Nie prowadzisz przypadkiem autobusu na tej trasie?

    Mogę powtórzyć to, co Pietrek: noszę japonki przez parę godzin w tygodniu, czasem przez paręnaście, jak muszę gdzieś wyjechać. Przy mniejszym mrozie mógłbym ich nie zakładać, gdyby nie sypana na ulice i chodniki sól z piaskiem. Po śniegu mogę chodzić boso, ale po takiej paskudnej mieszance - nie. Uświadomiłem sobie właśnie, co mnie jeszcze zniechęca do chodzenia boso zimą: z wyjątkiem świeżego śniegu wszystko jest twardą skałą. Chciałbym wreszcie poczuć pod stopami coś miękkiego (może z wyjątkiem psiego g... itp).
  • Pietrek

    Niestety PiesProduction to najłatwiejsza miękka rzecz do spotkania zimą. Ale zima sę skończyła, masz kilka alternatyw.
  • Robert

    >Pietrek napisał
    >Niestety PiesProduction to najłatwiejsza miękka rzecz do
    >spotkania zimą.

    Chyba nawet nie tylko zimą (niestety).
    Ze smutkiem muszę przyznać, że sposród wielu europejskich krajów, Polska jest chyba niestety jednym z najbardziej zas...ych przez psie odchody. A okres przejściowy pomiędzy zimą a wiosną (czyli faza "rozmrażania") ostatnio kojarzył mi się coraz częściej z potwornym fetorem w pobliżu każdego trawnika. Czegoś takiego nie widziałem w żadnym kraju. Przez trawniki w Polsce to ja się obawiałem przejść nawet w butach; o chodzeniu boso nawet nie wspomnę - 100% "wdepnięcia". Wolę po mieście, po deptakach (chociaż też trzeba ostrożnie), sklepach, nawet w Wawie po Centralnym :-), ale nie po trawnikach...
    Zwykle ZA Polską w rankingach była jeszcze Albania; mam nadzieję, że teraz także to nie nasz kraj zamyka tę wstydliwą listę...
  • Robert

    >Andrzej napisał
    >zapraszam, gdyby ktoś z Gronowiczów odwiedzał akurat
    >>Wyspy.
    >
    >Mam wylądować na Luton we środę, 28 kwietnia o 7:20. Ale
    >szybko mam znaleźć autobus do Heathrow a stamtąd do
    >Winchester. Nie prowadzisz przypadkiem autobusu na tej
    >trasie?

    Niestety, jeżdżę miejskimi w centrum Londynu.
    Ale okolicę trochę znam.

    Znajdziesz bez problemu - Luton to najmniejszy port lotniczy Londynu.
    Jak wyjdziesz z terminala głównym wyjściem, zobaczysz kilka przystanków autobusowych.
    Na jednym z nich zatrzymują się linie JL707 i JL787 (serwisy na Heathrow Airport).
    To są autobusy National Express (białe autobusy dalekobieżne).
    Najbliższy po Twoim przylocie masz o 8:45 - linia JL787 (czyli powinieneś mieć jeszcze na lotnisku czas na poranną kawę w Costa Caffe (polecam; dobrą mają)).
    Podróż na Heathrow zajmie Ci ok. 1 godziny. Na Heathrow masz przesiadkę i czekasz ok. godziny. O 11:00 masz coach linii FK203 do Winchester. Po półtorej godziny będziesz na miejscu. Będzie Cię to kosztowało 25,30 GBP. Na stronie http://www.nationalexpress.com znajdziesz więcej połączeń (gdyby interesowały Cię inne godziny).

    A sama podróż powinna być raczej przyjemna.

    Gdybyś był w Londynie, możemy połazić (jeśli oczywiście będę miał wolne).


  • Andrzej

    >Znajdziesz bez problemu - Luton to najmniejszy port lotniczy
    >Londynu.
    >Jak wyjdziesz z terminala głównym wyjściem, zobaczysz
    >kilka przystanków autobusowych.
    >Na jednym z nich zatrzymują się linie JL707 i JL787
    >(serwisy na Heathrow Airport).

    Dzięki serdeczne! Czy mogę jeszcze spytać, gdzie się kupuje bilety na autobus?
    Na Luton już raz lądowałem, ale wtedy mnie odebrali, a potem odwieźli. Teraz chcę pierwszy raz spróbować samodzielności w UK.
    Miasto mnie jakoś nie ciągnie, nawet jeśli nazywa się Londyn. Natomiast mam ochotę postawić wreszcie bosą stopę w Stonehenge. Podejrzewam, że ci, co to zbudowali, butów raczej nie nosili.
    I chyba zeszliśmy z tematu. Może założyć wątek "Boso w UK"?
  • Robert

    Bilety kupić można na internecie (strona, którą Ci podałem - wybierasz sobie odpwiadające Ci połączenie i program "prowadzi Cię" do kupna biletu), ale niestety wymagane jest chyba posiadanie angielskiego konta bankowego i karty płatniczej. Ale możesz też kupić bilet bezpośrednio u kierowcy (tyle tylko, że będziesz musiał kupować bilety 2 razy - na Luton i po przesiadce - w autobusie z Heathrow).
    Napisz, gdybyś potrzebował do mnie jakiś kontakt (w razie czego); gdyby coś nie tak wyszło; postaram się pomóc.

    A a'propos wątku: "jestem za, a nawet przeciw". Po Twoim powrocie z UK wątek zapowiada się ciekawie...
  • olek (aka Reynevan)

    Wątek trochę zdryfował, spróbuję go zawrócić na pierwotne tory.
    Dokonałem analizy mojego bosochodzenia i stwierdzam, że jest źle. A nawet bardzo źle.

    Obecnie boso chodzę rano - skarpetki to ostatnia rzecz z ubioru, którą zakładam przed wyjściem (nie licząc oczywiście butów i kurtki).
    Potem cały dzień w pracy - buty.
    Po pracy bieganie, siłownia, załatwianie jakichś spraw - 99% czasu obuty.

    Aktywność zewnętrzną kończę średnio ok. 21 i dopiero wtedy mogę skutecznie pozbyć się butów (i skarpet, bo bez tego o bosochodzeniu nie ma mowy; ))

    Jeszcze ostatniego lata było lepiej.
    W pracy czasem mogłem przyjść ubrany luźno, a wtedy nosiłem sandały czy chodzilem boso (po naszym 10 osobowym biurze spora część chodzi boso - jedna z dziewczyn i ja często, pozostałe 2-3 koleżanki okazjonalnie). Także częściej chodziłem na basen czy saunę i wtedy stopy mogły odpoczywać... (nie liczę wypadów na działkę, do lasu, luz po zawodach biegowych czy t.p.).

    Zatem i ja czekam na wiosnę. Bardzo.
  • Pietrek

    W całorocznych sandałach czeka się łatwiej.
  • olek (aka Reynevan)

    Gdybym moją aktywność mógł ograniczyć do czekania, nie potrzebowałbym nawet sandałów.
  • w-p

    żeby trochę oddominować przewagę głosów męskich,bo ktoś narzekał;)
    będzie głos promujący boso-wersja-light

    a ja boso chodzę latem:) plus wczesna jesień/ciepła wiosna (w dzień, po zachodzie słońca zimno).
    zimą ciepłe skarpetki, bo inaczej zimno.+ciepłe buty.:P a boso ewnetualnie czasem śmignę korytarzem do kuchni w mieszkaniu.
    bo nie dla idei, a dla przyjemności,a do niej potrzebne mi ciepło.
    :p
    :p

  • Skippy

    >olek (aka Reynevan) napisał
    >Wątek trochę zdryfował, spróbuję go zawrócić na
    >pierwotne tory.
    >Dokonałem analizy mojego bosochodzenia i stwierdzam, że
    >jest źle. A nawet bardzo źle.

    Zmieniels prace?!
  • olek (aka Reynevan)

    >>Dokonałem analizy mojego bosochodzenia i stwierdzam, że
    >>jest źle. A nawet bardzo źle.
    >Zmieniels prace?!

    Nieeee. Przynajmniej od 2,5 roku nie.
    Ale cześciej mam spotkania z ludźmi z zewnątrz i strój obowiązuje.
    Na szczęście w sezonie letnim nie ma jakiegoś parcia i mogę sobie powiesić w szafie 1-2 komplety, na wszelki wypadek.
    Za to mniej jest okazji do bosochodzenia po pracy...

  • Ana Arnika

    Hejka. Opiszę mój dzień a raczej szereg dni z zeszłego roku bo w tym to sobie boso za dużo nie pochodziłam. W okresie maj-czerwiec a potem wrzesień wyglądało to tak: po szkole w metro. Po szkole w metro i na pola mokotowskie. Tam klapki swobodnie już majtają się przy plecaku. Spacer – godzinka, potem na jakiejś ławeczce trochę się pouczę, nabazgrolę zadanie na kolanie, zamoczę nogi w jeziorku. Albo zamiast spaceru szybki powrót do domu i na rower. 3 przecznice dalej klapki wędrują do koszyczka, tak na wszelki wypadek żeby sąsiedzi nie zobaczyli. Potem rajd gdzieś gdzie można do wody wejść na chwilkę, rozprostować nogi. Z konieczności wszystko po dalekich osiedlach. W sumie nie wygląda to imponująco. W wakacje możliwości większe. Jak rano gdzieś wyruszam i u celu klapki zdejmę to już tak do popołudniowego powrotu do domku.
  • Andrzej

    Albo zamiast spaceru szybki powrót do domu i na
    >rower. 3 przecznice dalej klapki wędrują do koszyczka, tak
    >na wszelki wypadek żeby sąsiedzi nie zobaczyli. Potem
    >rajd gdzieś gdzie można do wody wejść na chwilkę,
    >rozprostować nogi.

    Stosowałem ten system przez wiele lat udając w mieście poważnego obywatela. Dopiero na starość zrobiłem się odważniejszy. Odezwałem się, bo moje bose wycieczki rowerowe też przeważnie zmierzały tam, gdzie można wejść do wody. Zobaczyłem więc bratnią duszę. Pozdrawiam i życzę wytrwałości.

  • Iwona Kozik-Szymoniak

    U mnie trochę trudniej określić ile czasu w ciągu dnia jestem boso, a ile w butach. Mam nienormowany czas pracy i zwariowane godziny. a do tego jestem strasznie roztrzepana i czasami zdarzało mi się wybrać gdzieś boso chociaż wcale nie było to zamierzone. Najczęściej wtedy, gdy wcześniej pochodziłam boso po ogrodzie i przyzwyczaiłam się do braku butów. Wtedy pójście na bosaka np. do osiedlowego sklepiku to norma.
  • olek (aka Reynevan)


    U mnie ostatnio się poprawiło.
    Zaczęło się w 3 czerwca po południu; )
    Niemal cały długii weekend spędziłem boso (od piątkowego poranku to właściwie tylko 2x miałem sandały - na czas wycieczek rowerowych), ale o tym jeszcze napiszę; )
    Za to w zeszłym tygodniu w pracy żadnego kłopotu z obuwiem nie było. Od wtorku nie nosiłem go w ogóle, a i większość koleżanek i dwóch kolegów się do tej "akcji"; ) przyłączyła.
  • Andrzej

    Myślałem o nowym wątku, ale postanowiłem ożywić ten, bo to jest prawie to samo.
    W dawnych czasach, gdy bardziej wstydziłem się chodzić boso publicznie, od czasu do czasu postanawiałem poszaleć i spędzić cały dzień bez butów. Najpierw wybierałem się w ten sposób nad morze, tłumacząc sobie, że po co mam taszczyć buty na plażę, gdzie i tak będę je nosił w ręku. Potem zapragnąłem większych wyzwań i wybrałem się boso do Olsztyna. Z całego wyjazdu pozostał mi w pamięci sam początek, gdy sterczałem boso na przystanku czekając na autobus i nie wiedziałem, gdzie schować bose stopy; wydawało mi się, że wszyscy gapią się tylko na mnie. Potem już było fajnie.
    Chciałbym zaproponować wszystkim, którzy lubią chodzić boso, ale robią to tylko sporadycznie, by odważyli się zaplanować sobie dzień bez butów, a potem napisali w tym wątku, jak poszło. Jak stworzymy bank doświadczeń, to może więcej osób odważy się odrobinę zaszaleć? Oczywiście jest to temat głównie na cieplejszą porę roku. Teraz najprościej zrobić sobie dzień bez butów nie wychodząc z domu. Ale można zaplanować też taką trasę, gdzie wyjścia na zewnątrz są tak krótkie, że do wytrzymania nawet gdy jest zimno. Na przykład do samochodu i z samochodu do przyjaciół, do galerii handlowej, do kina (nie wiem, czy wpuszczą boso; dawno w kinie nie byłem)...
    Proponowałbym zaangażować w takie przedsięwzięcie przyjaciół, jako świadków i kibiców. A może i współuczestników? Razem łatwiej się wygłupiać. I warto robić zdjęcia. Kroniki ciekawszych dni bez butów można umieścić na naszej stronie. Kto pierwszy?
  • 1
  • 2
| |

Motto: "Jedyne w Polsce forum, na którym chodzenie boso nie ma konotacji erotycznych" co...



Fotki

Miejsca grona (0)