- 1
- 2
-
Szymon
Tales From Topographic Oceans to chyba najbardziej kontrowersyjna płyta Yes, są tacy co ją absolutnie kochają, ale niektorzy też uważają że jest za długa i nudna
dla mnie to jest najwybitniejsze osiągnięcie YES, a może nawet całego prog rocka
a co Wy na to?
-
Szymon
-
Jaśmina
eee...jak mozna nas o to posadzac ??:>
plyta jest mi doskonale znana aczkolwiek nie jest moja ulubiona...
Zgadzam sie z tym, ze jest kontrowersyjna.
-
i000
jest dluga i nudna i kiepsko brzmiaca i bez polotu i bez Bruforda i z kabina prysznicowa w studiu - kicha!
Marcin -
-
Szymon
eeeee tam
z jednym tylko się zgodzę - z Brufordem byłaby pewnie jeszcze lepsza
bez polotu? posłuchaj "Ritual", ten kawałek miażdży
cała reszta zresztą też;-) -
i000
Nie wypowiadalbym sie gdybym nie przesluchal calosci kilka razy, na szczescie kryka tego albumu jest tolerowana nawet przez yesomaniakow. Moge spac spokojnie;). A swoja droga slyszeliscie moze najnowszy japonski remaster CTTE (close to...) wgniata to malo powiedziane - WBIJA w podloge.
|Marcin -
Vroo
-
i000
ja tutaj - owszem! to niejako moj obowiazek:)
Chociaz wiedzac, ze sam Prezes Yesomaniakow
tutaj:) jest znow poczulem sie malutki. Milo sie spotkac jaki ten Net maly:)
Kontynuujac watek - rownie dobry (a moze lepszy) jest najnajnowszy remaster Rhino niestety nie mam sprzetu zeby uslyszec te subtelnosci:)
Marcin
-
Anonim
Nie zgadzam się w sprawie Bruforda. Może on i fajny, ale Alan White na "Tales..." pasuje dużo lepiej - kojarzycie tą totalnie odjechaną solówkę perkusyjną w "Ritual - Nous Sommes Du Soleil"?
"Tales..." uwielbiam. ktoś mi kiedyś - długo zanim jej posłuchałem - powiedział, że to jedna z najpesymistyczniejszych płyt w historii. Nie wiem do dziś, skąd ten ktoś wziął ten pogląd, ale czegoś równie mylnego nie słyszałem chyba nigdy. Ta płyta, od samego początku do ostatniej minuty jest jedną wielką rozśpiewaną i roztańczoną afirmacją dzieła stworzenia. "Tales" to najbardziej jasna i pełna słońca płyta, (hm. dwie płyty) jaką w życiu słyszałem. -
Anonim
Bruford to perkusita w sumie jazzowy, więc nie dziwie się, że odszedł z yesów, zresztą podoba mi się to co robił później - projekty z morazem, levinem, własne, no i oczywiście crimsoni. Nawet jak wrócił na płytę i trase union to był lekko zniesmaczony atmosferą. A White`a lubie chociażby za to że zaczynał jeszcze z Lennonem. To po prostu znakomity perkusista rockowy. -
Anonim
Właśnie. A ja osobiście za jazzem nie przepadam, i chyba dlatego White - jak napisałeś, perkusista rockowy - bardziej mi do Yesa pasuje.
Choć Brufordowi przyznać trzeba, że na "Fragile" - chyba mojej ulubionej płycie Yes - daje czasu i jest fantastyczny. -
Szymon
absolutnie zgadzam się z eXistenZ - "Tales..." to płyta po prostu hiper- optymistyczna, idealnie działa na wszystkie doły i złe humory - wielka afirmacja, wielkie YES:-)
zwłaszcza "The Revealing Science o God" - po prostu masterpiece -
Anonim
No, z ust mi to dosłownie, Szymonie, wyjąłeś - "The Revealing Science of God", czyli "Taniec świtu", fantastyczny utwór, który niesamowicie otwiera tą płytę. I sam sie niesamowicie zaczyna - ten początek, pierwsze półtorej minuty, ta recytacja Andersona, a w tle kolejne dołączające się instrumenty, które nagle eksplodują wraz ze słowami "for the freedom of the life everlasting" - ten początek jest jak muzyczna ilustracja wschodu słońca... Coś pięknego. -
Szymon
-
i000
Uslyszec solowke Bruforda w utworze rockowym nie jest tak latwo - jedyne co mi przychodzi na mysl to w ostatnim Gordian Knot.
Naprawde nie rozumiem zachwytow nad TFTO. Mocna strona Yesow tak jak i Genesis sa dla mnie kompozycje widac to doskonale na CTTE czy Relayerze, czy Heart Of the Sunrise z Fragile utwory tam sa przemyslane i momentami oszalamiajaco zagrane. Na TFTO tego wszystkiego brakuje, calosc wydaje mi sie naciagana, wydumana i bez polotu. Oczywiscie sa przyjemne i swietne fragmenciki. TFTO sa moim zdaniem jak cienki barszczyk nawet jak sie czasem trafi skwareczka ziemniak czy swieto lasu kawalek kielbasy to nijak sie to ma do gestego zuru z wkladka na CTTE i Relayerze. Proponuje pierwsze dwie "kompozycje" przerobic na jedna bez wypelniacza a z dwoch kolejnych wykroic dwa lub trzy zgrabne utwory. Wiele podwojnych albumow ma podobny problem np. Incantations Mike'a Oldfielda spokojnie mozna by skrocic z tych 80 do 40-50 minut -
Szymon
eeeee tam
jakoś tak się składa że "Tales..." z przyjemnością wysłuchuję w całości i nawet przez chwilę się nie nudzę, natomiast przy "Gates of Delirium" zdarza mi się czasami nawet ziewnąć z lekka;-)
"Tales..." jest jak odrębny świat - jeśli się w to wejdzie to już nie zwraca się uwagi na czas trwania utworów, ani na umiejętności muzyków - to jest osobna rzeczywistość na własnych prawach
oczywiście nie muszę dodawać że ta rzeczywistość BARDZO mi się podoba:-)
-
samaniewiemco
bardzo lubie te plyte i wcale nie uwazam, ze jest za dluga i nudna... chociaz musze przyznac ze pomimo szczerych checi i paru podejsc przez teksty nie przebrnelam; P ale muzyka IMHO swietna. -
Anonim
Hihi, to nic dziwnego, zoso. na świetnej stronie Yesomania (yes.art.pl) jeden koleś napisał, że on skończył anglistykę po to, żeby zajarzyć, o co chodzi w tekstach Andersona i po skończeniu tego kierunku mógł z całą pewnością anglisty powiedzieć, że w nich o nic nie chodzi; )
ale to ma swój urok; ) -
Szymon
ja kiedys pytalem znajomego Anglika o co chodzi w tekstach Andersona i dał mi tą samą odpowiedź "o nic";-)
są taką trochę poetycką, abstrakcyjną zabawą -
Vroo
przy czym poezja była tam dosyć mocno podrasowana przez różne substancje :)
kiedyś dotarłem w necie do angielskiej wersji tej książki, na której ponoć oparte sa teksty - i niestety bełkot :)
- 1
- 2